sobota, 14 kwietnia 2012

Buddy

Zmuszam się, żeby opisać tę restaurację. Naszą ulubioną. I nie tylko dlatego, że mamy do niej rzut beretem.

Tajska, choć jest tam też trochę chyba niezbyt tajskich dań - ale i dla nich warto zajrzeć.

Trafiliśmy tam pierwszy raz tak trochę przez przypadek i choć nam bardzo smakowało, to dopiero po roku zawitaliśmy ponownie. Od tamtej pory dosyć regularnie tam zaglądamy. Menu zjedzone prawie całe - tylko krewetek po królewsku jeszcze nie próbowałem z głównych dań. Jednego deseru. A, jeszcze spaghetti.

Przy prawie każdym nowym daniu (żurek mnie nie zaskoczył, ale pomidorowa za to była bardzo dobra) coś nas zaskakiwało i teraz, gdy po raz kolejny przelatuję przez menu, to próbuję sobie przypomnieć, co to takiego było. Dla przykładu dzisiaj łosoś. Bardzo dobry słodki sos, a zamiast sałatki, która normalnie akompaniuje głównemu daniu (oparta na awokado i kapuście), młode liście szpinaku z pomidorem i niewielką ilością starkowanego sera. Do tego frytki, choć normalnie jest ryż jaśminowy. I czuć że to jest i ryż, i jaśminowy.

Główne dania sobie przelatuję ponownie, choć Paula utknęła na słodkim curry (chyba najlepiej na początek sobie wziąć przy pierwszej wizycie, a jak ktoś chce ostrzej to zielone - szkoda że czerwonego w menu już nie ma) i bierze coś innego, gdy go nie ma. A ostatnio w niedziele trochę rzeczy brakuje i dzięki uprzejmiej kelnerce dowiedzieliśmy się, że najlepiej w piątek wieczorem i w sobotę przychodzić, bo najświeższe jest wszystko. Ale wracając do jedzenia samego:

Zupy bierzemy zawsze te same. Paula krem imbirowy, a ja ostro-kwaśną krewetkową (do której dodawany jest osobno ryż, dzięki czemu aż tak ostro nie jest).

A zmuszam się, bo jak stamtąd wracamy, to mi tak dobrze na brzuchu, że nie chce mi się o tym pisać. Trochę też chyba z obawy, aby zbyt dużo ludzi tam nie zaczęło przychodzić. No ale z drugiej strony wolałbym, aby było więcej ludzi, a nie zamknęli ;) Dziwne, że dopiero jak zmienili menu (wizualnie, kilka dań znikło, czerwone curry, szaszłyki sajatajtatjaja - nie pamiętam dokładnej nazwy i chyba tyle), to się zaczęli pojawiać ludzie. A przy menu doszedł też obowiązkowy napiwek 10% przy zamówieniach powyżej 100zł. Z jednej strony "czemu", ale z drugiej, to ile osób w naszym kraju zostawia napiwki? I to jeszcze takie uczciwe 10-15%? Ludzie najczęściej nic nie zostawiają albo rzucą złotówkę lub jakiś miedziak. No ale to na inne miejsce i czas. Choć wolałbym, aby nie było przymusowego napiwku.

sobota, 28 stycznia 2012

Piada Bar

W C.H. Targówek jest, wśród miejsc do zjedzenia czegoś na szybko, Piada Bar. O tak z ciekawości poszliśmy do niego i mają tam bardzo dobre piady i makarony z sosami. Niektóre wręcz niesamowite. I zupy też. Dzisiaj wzięliśmy krem z kolorowych papryk (dobry, ostry), a na właściwe jedzenie Paula wzięła penne z sosem grzybowym (mają bardzo dobre gnocci, ale ludzie podobno prawie tylko penne biorą i na weekend głównie ten makaron przygotowuje obsługa, a dzisiaj jeszcze gnocci nie dotarło), a ja piadę rimini (albo jakoś tak, z lazurem). Porcje są takie akurat. Zje się i jest bardzo smaczne, ale więcej by rady nie dało albo już by można mieć dość smaku (zwłaszcza sery mają to do siebie, że jest dobrze, lepiej, a potem nagle za słono i źle, a tutaj piada w sam raz). Warto więc Piada Bar odwiedzić i mam nadzieję, że ich więcej otworzą.

Z ciekawostek znalezionych na paragonie. Piada Bar jest własnością (i pomysłem) WARS S.A. Tak, tych od jedzenia w pociągach.

I obsługę mają sympatyczną. Nie w typie "nachalnie miła", ale właśnie sympatyczna.

2012-04-14
Od jakiegoś czasu nie pracuje tam już gość, dla którego tak fajnie się przychodziło. I jakoś też dania gorzej zaczęły smakować? Może to tylko złudzenie, bo jednak dalej jest smacznie, ale... Jakoś tak mniej miło i nie chce się tak chodzić już. Szkoda.

czwartek, 26 stycznia 2012

Biesiadowo

Duża pizza? Jak duża? Taka na ponad pół metra? I na dodatek dobra? No to Biesiadowo, ale lepiej smakuje z Biesiadowa w Ząbkach niż w okolicy cmentarza bródnowskiego.

Tak czy inaczej, moja ulubiona to Wiocha (głównie ze względu na pomidory i kiełbasę - na to jak smakują), ale kilka innych jedliśmy i też gites. Pauli najchętniej by wybierała Cztery Pory Roku.

Boruta

Na szybko, aby nie zapomnieć.

Byliśmy w szóstkę w Borucie na Starym Mieście przy Freta. Dla zup i grzanego wina i piwa warto tam pójść. Drugie dania nie zrobiły na nas specjalnego wrażenia. Tzn. były ok, ale bez zachwytu. Ale gulasz, który wzięła Paula był niesamowity. Podobnie jak mój żur staropolski podany w chlebie. Nie pierwszy raz jadłem taki żur, ale naprawdę był dobry. I chleb też. Co o tyle zwraca uwagę, że w niektórych miejscach natrafić można na naczynie z chleba, które jest na tyle twarde i niedobre, że nawet nie ma się ochoty go potem zjeść, a tutaj wszyscy chcieli, więc na 6 części podzieliłem i każdy zjadł kawałek jeszcze :)

Był bigos podany też w chlebie, a wziąłem piekielne trio... Teraz żałuję.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Co to będzie

Rozmawiając w pracy z kolegą o różnych restauracjach, gdzie zjeść, co zjeść, poprosił mnie ów kolega o założenia bloga, na którym bym pisał o miejscach sprawdzonych.

Będą więc tutaj osobiste opinie moje i mojej żony. I będę starał się skupiać na pozytywnych opiniach, gdyż z doświadczenia widzę, że łatwiej jest trafić na niezbyt ciekawe miejsce niż coś wartego polecenia. Może nawet zrobię listę restauracji, które warto odwiedzić taką naprawdę minimalną. Restauracji, w których przynajmniej kilka razy jedliśmy coś zupełnie innego. Negatywnie pisać nie zamierzam, bo może akurat zły dzień był i dlatego czekaliśmy gdzieś długo na kelnera i na jedzenie i nie było zbyt smaczne.

A, i jeszcze jedno. Będę się starał jasno pisać, czemu warto dane miejsce odwiedzić. Nie zawsze musi to być rewelacyjnie dobre jedzenie, gdyż jest kilka miejsc, które lubimy odwiedziać, w których bardziej pasuje nam albo klimat albo stosunek ilości i jakości jedzenia do ceny - najeść się bardzo i w miarę tanio. Choć zachęcam do podważania opinii.