Zmuszam się, żeby opisać tę restaurację. Naszą ulubioną. I nie tylko dlatego, że mamy do niej rzut beretem.
Tajska, choć jest tam też trochę chyba niezbyt tajskich dań - ale i dla nich warto zajrzeć.
Trafiliśmy tam pierwszy raz tak trochę przez przypadek i choć nam bardzo smakowało, to dopiero po roku zawitaliśmy ponownie. Od tamtej pory dosyć regularnie tam zaglądamy. Menu zjedzone prawie całe - tylko krewetek po królewsku jeszcze nie próbowałem z głównych dań. Jednego deseru. A, jeszcze spaghetti.
Przy prawie każdym nowym daniu (żurek mnie nie zaskoczył, ale pomidorowa za to była bardzo dobra) coś nas zaskakiwało i teraz, gdy po raz kolejny przelatuję przez menu, to próbuję sobie przypomnieć, co to takiego było. Dla przykładu dzisiaj łosoś. Bardzo dobry słodki sos, a zamiast sałatki, która normalnie akompaniuje głównemu daniu (oparta na awokado i kapuście), młode liście szpinaku z pomidorem i niewielką ilością starkowanego sera. Do tego frytki, choć normalnie jest ryż jaśminowy. I czuć że to jest i ryż, i jaśminowy.
Główne dania sobie przelatuję ponownie, choć Paula utknęła na słodkim curry (chyba najlepiej na początek sobie wziąć przy pierwszej wizycie, a jak ktoś chce ostrzej to zielone - szkoda że czerwonego w menu już nie ma) i bierze coś innego, gdy go nie ma. A ostatnio w niedziele trochę rzeczy brakuje i dzięki uprzejmiej kelnerce dowiedzieliśmy się, że najlepiej w piątek wieczorem i w sobotę przychodzić, bo najświeższe jest wszystko. Ale wracając do jedzenia samego:
Zupy bierzemy zawsze te same. Paula krem imbirowy, a ja ostro-kwaśną krewetkową (do której dodawany jest osobno ryż, dzięki czemu aż tak ostro nie jest).
A zmuszam się, bo jak stamtąd wracamy, to mi tak dobrze na brzuchu, że nie chce mi się o tym pisać. Trochę też chyba z obawy, aby zbyt dużo ludzi tam nie zaczęło przychodzić. No ale z drugiej strony wolałbym, aby było więcej ludzi, a nie zamknęli ;) Dziwne, że dopiero jak zmienili menu (wizualnie, kilka dań znikło, czerwone curry, szaszłyki sajatajtatjaja - nie pamiętam dokładnej nazwy i chyba tyle), to się zaczęli pojawiać ludzie. A przy menu doszedł też obowiązkowy napiwek 10% przy zamówieniach powyżej 100zł. Z jednej strony "czemu", ale z drugiej, to ile osób w naszym kraju zostawia napiwki? I to jeszcze takie uczciwe 10-15%? Ludzie najczęściej nic nie zostawiają albo rzucą złotówkę lub jakiś miedziak. No ale to na inne miejsce i czas. Choć wolałbym, aby nie było przymusowego napiwku.
Tajska, choć jest tam też trochę chyba niezbyt tajskich dań - ale i dla nich warto zajrzeć.
Trafiliśmy tam pierwszy raz tak trochę przez przypadek i choć nam bardzo smakowało, to dopiero po roku zawitaliśmy ponownie. Od tamtej pory dosyć regularnie tam zaglądamy. Menu zjedzone prawie całe - tylko krewetek po królewsku jeszcze nie próbowałem z głównych dań. Jednego deseru. A, jeszcze spaghetti.
Przy prawie każdym nowym daniu (żurek mnie nie zaskoczył, ale pomidorowa za to była bardzo dobra) coś nas zaskakiwało i teraz, gdy po raz kolejny przelatuję przez menu, to próbuję sobie przypomnieć, co to takiego było. Dla przykładu dzisiaj łosoś. Bardzo dobry słodki sos, a zamiast sałatki, która normalnie akompaniuje głównemu daniu (oparta na awokado i kapuście), młode liście szpinaku z pomidorem i niewielką ilością starkowanego sera. Do tego frytki, choć normalnie jest ryż jaśminowy. I czuć że to jest i ryż, i jaśminowy.
Główne dania sobie przelatuję ponownie, choć Paula utknęła na słodkim curry (chyba najlepiej na początek sobie wziąć przy pierwszej wizycie, a jak ktoś chce ostrzej to zielone - szkoda że czerwonego w menu już nie ma) i bierze coś innego, gdy go nie ma. A ostatnio w niedziele trochę rzeczy brakuje i dzięki uprzejmiej kelnerce dowiedzieliśmy się, że najlepiej w piątek wieczorem i w sobotę przychodzić, bo najświeższe jest wszystko. Ale wracając do jedzenia samego:
Zupy bierzemy zawsze te same. Paula krem imbirowy, a ja ostro-kwaśną krewetkową (do której dodawany jest osobno ryż, dzięki czemu aż tak ostro nie jest).
A zmuszam się, bo jak stamtąd wracamy, to mi tak dobrze na brzuchu, że nie chce mi się o tym pisać. Trochę też chyba z obawy, aby zbyt dużo ludzi tam nie zaczęło przychodzić. No ale z drugiej strony wolałbym, aby było więcej ludzi, a nie zamknęli ;) Dziwne, że dopiero jak zmienili menu (wizualnie, kilka dań znikło, czerwone curry, szaszłyki sajatajtatjaja - nie pamiętam dokładnej nazwy i chyba tyle), to się zaczęli pojawiać ludzie. A przy menu doszedł też obowiązkowy napiwek 10% przy zamówieniach powyżej 100zł. Z jednej strony "czemu", ale z drugiej, to ile osób w naszym kraju zostawia napiwki? I to jeszcze takie uczciwe 10-15%? Ludzie najczęściej nic nie zostawiają albo rzucą złotówkę lub jakiś miedziak. No ale to na inne miejsce i czas. Choć wolałbym, aby nie było przymusowego napiwku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz